feeds2read
Latest Flows from this sub-category:
НаУм - фотоблог о Петербурге

Hot Couture Fashion

Блог интернет-бизнеса

ЗДРАВОСЛОВНО

Eduardo9.com - Eduardo Da Silva Fans Site

Trace Your Family Genealogy

Muzica Nu Ucide...

Blog Simpa Intelektual'a



Diligent Mike - Latest Hubs

random selection from this sub-category:
Kevblog

CNET News.com | Tech news blog - Category:

Penny Stock Investment Information Free Live RSS Feed Hot Stock Tips and Company Information.

Jonathan Crossland Weblog

8bit-Online

Mixer-iT.com

Retail Design Diva

Mandar Marathe's Website

Vincenzo Di Biaggio

Anellieflange.com: costruzione Flange e anelli calandrati

Rss Directory > Misc > Blogs > Klub KiK


 
Nekanda Trepka, Wlarian, napisał kiedyś książkę Liber Chamorum (Księga Chamów). Był to spis osób wątpliwego szlachectwa zamieszkujących ziemie sandomierskie. Kategoria szlachectwa się wyczerpała, ale można by napisać , tym razem o wątpliwych atutach intelektualnych i moralnych elit, co urzędują na Wiejskiej i alejach okolicznych. Tyle nasuwa sie wniosków po ostatnich politycznych pyskówkach. Z drugiej strony trzeba przyznać, że kiedy przedstawiciele ludu - panie chamki i panowie chamy ze sobą wchodzą w interakcję, od razu robi sie ciekawiej. Człowiek ma przynajmniej co w gazecie przeczytać i popatrzeć jak się ćwoki w błocie napieprzają... Popatrzeć i tyle. Nic więcej z tym robić nie warto (a na pewno nie analizować). Chamy na więcej uwagi nie zasługują.

Tymczasem a propos poprzedniej notki: kredyt dostanięty. zasobni w gotówkę wybraliśmy się ratować konsumpcją hamujący wzrost gospodarczy. Znaleźliśmy perełki do wystroju wnętrz, co załączamy:
- ekskluzywny, designerski zestaw do szampana o kolorze własnym i kieliszków z dupy wziętych (kryształ sugeruje, że zapewne importowany z ojczyzny Rumcajsa)

- jajo dinozaura, mega solniczka albo coś (w każdym bądź razie niepospolite)
- domowa fontanienka - w sam raz na letnie upały i zimową suchość z powodu centralnego ogrzewania. Dodatkowo przyjemnie szumi po dniu ciężkiej pracy (pyskówek chamów), a i kot spragniony sie napije, ni kłopocząc właściciela.


Na wszystko nie starczy, trzeba nam się dobrze zastanowić...
Przy okazji kończącego się remontu zmuszeni byliśmy pożyczyć jeszcze trochę gotówki na jakieś święte obrazki w złotych ramkach albo kryształy, które będziemy dumnie prezentować na meblościance. Jako że jesteśmy fanami internetu i nawet żarcie kupujemy w sieci, kontakty z kilkoma bankami z marmuru i aluminium były doświadczeniem arcyinteresującym (arcyfrustrującym)...

Wybraliśmy w necie kilka ofert, które nie zalatywały lichwą. Pierwszy był GE Money, który przysłał specjalne pismo o jeszcze bardziej specjalnej ofercie i prawie twierdził, że jesteśmy najulubieńszymi klientami z racji długiej znajomości. Wystarczyło tylko wziąć przysłany świstek do ręki i iść do najbliższego oddziału.

Uśmiechnięta i sympatyczna Pani wypełniła wniosek, ale "computer says no...". Było zaskakujące równie dla nas, co dla tej Pani, która się jednak nie poddała. Wypełniła rubryczki raz jeszcze i mówi: "System wskazuje, że może Pan w naszym banku wziąć kredyt na x tysięcy" No to ja odpowiadam, że przed chwilą próbowałem na jedną czwartą tej kwoty. I jakoś nie wyszło. Zmieszana pani próbuje i widzi nie. Dzwonię do centrali i proszę o wytłumaczenie, ale pani w telefonie jąka się z bezradności i nic nie umie odpowiedzieć o zaistniałej sytuacji. Pani za biurkiem dzwoni do kierownika, ale też z tego nic nie wynika. "Widać mamy jakiś błąd w systemie" - mówi nieco zakłopotana. My na to, że trudno i idziemy do konkurencji...

Millenium. Mówię, że chcę kredyt na tyle i na tyle. Pani zapytuje, czy mam już w ich banku konto. Ja mówię, że nie. Pani na to, że otworzymy konto. Ja na to, że chcę w ich banku kredyt, a nie konto. Pani na to, że to niemożliwe i "żeby wziąć kredyt trzeba założyć konto". I tak sobie gaworzymy. Mówię, że nie widziałem takiej informacji w regulaminie i czy jest pewna.... Pani potwierdza, ale już mniej pewnie. Myślę sobie, że, nie dam sie naciągać na zakładanie konta, bo ona musi wyrobić plany sprzedaży. Idę do konkurencji.

Idziemy do Eurobanku. Stajemy obaj przy ladzie i mówimy, że chcemy kredyt dokładnie na tyle i tyle i interesuje nas ile w ich banku wynosi miesięczna rata. Pan zaaferowany wypytuje o szereg informacji w tym nazwisko panieńskie mamy i prawie imię kochanki taty. Grzecznie podaję, ale zagadując, czy aby na pewno takie informacje potrzebne są do prostej symulacji. Pan tonem nie znoszącym upominania potwierdza, po czym triumfalnie oznajmia, że mam zdolność kredytową na poziomie xx. Ja mu na to, że to wiedziałem zanim przeszedłem, a pytałem, jaka jest wysokość raty przy kredycie dużo mniejszym. Pan się nieco po cichu zirytował i zaczął liczyć. Oznajmia 467 zł ubezpieczeniem. Rata to niczym w Providencie, więc mówię, że nie chcę żadnego ubezpieczenia i ile wynosi rata bez ubezpieczenia. Liczy, liczy i mówi 363. Ja na to, że to aż stówa miesięcznie za nic, więc biorę bez ubezpieczenia. Pan na to, że w takim razie muszę mieć żyranta. Ja odpowiadam, że stoi obok mnie i czy możemy zaczynać procedurę. Pan na to, że to się wydłuży, bo muszę mieć żyranta, żeby przenieść prawa z polisy na życie. Ja na to, że nie bardzo rozumiem, czy mam mieć żyranta czy mam zrobić cesję z polisy na życie. I jak to w końcu jest. Pan udając, że wszystko w porządku, deklaruje, że wyjaśni procedurę, bo to się rzadko zdarza, żeby ktoś bez ubezpieczenia. Idziemy do konkurencji.

ING. Wszystko idzie sprawnie i gładko. Konta nie trzeba i ubezpieczenia nie trzeba. Bierzemy. A przynajmniej tak nam się zdawało, bo pani na to, że niestety w tym oddziale niestety nie możemy. Trzeba iść do oddziału kasowego, bo w tym można wnioskować na maksymalnie 36 miesięcy. Kicha. Idziemy do konkurencji.

Pod ręką, tuż obok, jest kolejny oddział Millenium, bo ich ostatnio więcej niż przejść dla pieszych... Wchodzimy, bo może tu inni doradcy i zaczynamy od nowa, co już jest nieco nudne, ale kasy na kryształy wciąż nie ma... Najpierw twierdzą, że konto w ich banku jest niezbędne, żeby wziąć kredyt, ale po przeformułowaniu pytania okazało się, że wcale nie jest. Krok do przodu, kto by pomyślał, że nawet na regulaminy nie trzeba sie powoływać... Ale pojawia się ubezpieczenie. Pan twierdzi, że jest niezbędne i pokazuje monitor, że nawet nie ma opcji, żeby było bez... No to niech już będzie z ubezpieczeniem myślimy. Ile banków można odwiedzać... Liczymy, liczymy, już wiemy ile ratka. Potem sie okazuje jednak, że ma być o 100 miesięcznie większa niż w symulacji. Pan robi wielkie oczy i nawet jest zawstydzony. My też. Za nich. Obiecuje wyjaśnić sprawę do wtorku, a my idziemy do konkurencji.

Pekao S.A. Wchodzę po drodze do pracy. Jest za pięć (!) dziewiąta. Pytam znudzonej Pani, która patrzy w okno czy mogę. A ona na to z pretensją, że ona pracuje dopiero od dziewiątej. To biuro maklerskie od 8:30. Ona nie. Pomyślałem, że tu muszę zostać, bo warto zobaczyć co będzie dalej... Siadam przy oknie i czekam cztery minuty ku jej irytacji. O godzinie P zagaduję czy już można. Na co Pani łaską, "a w jakiej sprawie?" No to, ja że interesuje mnie pożyczka. Pani wściekła, że "ona nie jest sprzedawcą". Na co ja z satysfakcją, że "to widać i słychać." Pani wytrącona z równowagi, że petent się stawia aż zamilkła! Idąc za ciosem pytam czy tabliczka nad jej biurkiem ["konta, lokaty, kredyty, pożyczki"] jest błędna? Pani zerknęła jakby zobaczyła ją pierwszy raz w życiu i zrobiła się bardzo uprzejma, mówiąc, że po pożyczkę ekspresową mogę załatwić w najbliższym oddziale tu a tu... Nie dociekałem statusu tabliczki więcej.

Polbank. Miło i szybko. Trochę podyskutowaliśmy na temat ubezpieczenia "bo naprawdę warto", ale "dała się przekonać", że mi niepotrzebne... Chyba się uda...

Po drodze był jeszcze Citibank, który zachęca do zostawienia danych kontaktowych, na które oddzwoni doradca... Minął miesiąc, ale nikt nie oddzwonił... Był jeszcze jeden oddział Pekao, w którym twierdzono, że do kredytu jest potrzebne konto w ich banku...

Cóż, nic w tym poście nie zostało przejaskrawione. Zbierając wszystko do kupy, okazuje się, że jeszcze dużo w bankowości do zrobienia... Próbują nas naciągać na drogie i nic nie warte produkty "obowiązkowe" i pewnie im się zazwyczaj udaje. Osobiście wolelibyśmy, żeby zamiast otwierać oddział na każdym rogu, podreperowali standardy obsługi klienta. Może znajdzie się nowy gracz, który wprowadzi nową jakość.... Tymczasem wolimy Internet.


Oczywiście, że chcą!

Ale... wedle naszego rozeznania i kilku opracowań wcale nie jest to liczna grupa. Przeczytawszy to zdanie szczęśliwi zapewne będą przeciwnicy adopcji przez pary homoseksualne. Przyjęło się bowiem mówić, że dziecko dla dobrego rozwoju potrzebuje matki i ojca.

A pewnie, że potrzebuje matki zwłaszcza ojciec i potrzebuje ojca zwłaszcza matka. Kto, jak nie matka, zmieniałaby pieluchy i oporządzała trzódkę, a kto, jak nie ojciec, przynosiłby do domu kasę? System może się samouzasadniać i dobrem dziecka zasłaniać. Pięknie to było widać przy okazji rozmowy w ostatni piątek w Poranku TOK FM przy okazji dyskusji o wprowadzeniu urlopów tacierzyńskich. Zebrani w studiu - zdawałoby się całkiem rozsądni panowie - argumentowali mniej więcej, że "pewne rzeczy najlepiej zrobi kobieta", "to się ekonomicznie nie opłaca, bo mężczyzna zarabia więcej" i "administracyjnie nie zmusi się ojców do miłości". I jak to się ma do dobra dziecka?

Zanim społeczeństwo dobrnęło do ery industrializacji i wynalazło rodzinę nuklearną, którą co poniektórzy uważają za istniejącą od zawsze, model mama+tata nie był oczywisty. Ba, są rejony, gdzie ten model nie obowiązuje do dziś. Może są to odizolowane społeczności, a nie kontynenty, ale to nie zmienia faktu, że dorastają w nich "normalni" ludzie i wszystko kręci się dalej. Co mądrzejsze książki i opracowania z psychologii rozwojowej w języku angielskim mają zwyczaj pisać, kiedy piszą o opiece nad dzieckiem: "mother/father or other caring person", co oddaje esencję zagadnienia i sens dyskutowania na problemem czy do ukształtowania się osobowości niezbędna jest mama albo jedynie mama i tata, czy może "caring person".

Ale do rzeczy... miało być o tym czy geje chcą mieć dzieci. A to dla tego, że Wysokie Obcasy puściły fajny tekst o bezdzietnych z wyboru. Pozornie tekst nas niedotyczący, ale praktycznie owszem (pomijając fakt, że zawsze fajnie przeczytać o ludziach, którzy jakoś nie mieszczą sie w normie). Zdarzyło się bowiem, że ujawniając swoją orientację, słyszeliśmy "ojej, nie będziesz miał dzieci"... Oczywiście, gówno to prawda, bo nic łatwiejszego, niż sprawić sobie dziecko, ale właśnie kwestia CZY W OGÓLE BYŁABY TAKA CHĘĆ zostaje pominięta. Dlatego psychicznie blisko nam do bohaterów tekstu. Zwłaszcza Tomka, który jako że "jest w wieku 30+ i nie ma dzieci, więc pewnie jest gejem." Wprawdzie niektórzy są dość ostrzy w słowach, kiedy mówią na przykład, że się brzydzą zafajdanych i poplutych niemowląt, co nas różni, ale to ich prawo. Wspólne nam jest natomiast, że nie mieć dzieci jest całkiem fajnie! Fajnie, bo można się egoistycznie oddawać przyjemnościom ambitnego samorozwoju albo płytkiej konsumpcji-kiedy-tylko-zachcesz, albo temu i temu. I nie trzeba kombinować, planować, martwić się czy starać, żeby dzieciom było dobrze i wyrośli z nich ludzie. Kategoria "cudu obserwowania dorastania własnych pociech" jest zwyczajnie nieadekwatna, a zapewnienie sobie opieki na starość prymitywna... No więc, rozumiemy i potwierdzamy, że jak się nie ma i nie planuje dzieci, nie trzeba odczuwać pustki.
Dziesiątki razy przechodziliśmy koło tego śmietnika...

Trochę dziwiły nas grupki cudzoziemców w mało turystycznym miejscu, ale myśleliśmy, że nam się stolyca kosmopolityzuje.

Tymczasem.... śmietnik ma swoją drugą stronę:

Zupełnie przypadkiem okazało się, że (wciąż jeszcze) mieszkamy koło niezburzonego kawałka muru otaczającego dawne getto warszawskie. No i wtedy sobie pomyśleliśmy, że to naprawdę szczyt chamstwa , żeby z jednej strony ściany ludzie z bliższych i dalszych krajów przyjeżdżali się modlić i dumać nad ponad 300 tysiącami zamordowanych warszawskich Żydów, a z drugiej strony ściany stał sobie śmietnik. O ironio, z tej drugiej strony jest liceum ogólnokształcące, które owy błękitny śmietnik z daszkiem z blachy falistej tam posiada... I w pewnym momencie nauki pewnie jego uczniowie beznamiętnie wkuwają daty: utworzenia getta, rozpoczęcia deportacji do Treblinki, zmniejszenia getta, wybuchu powstania w getcie, likwidacji getta...


Hmmm, w mieście, które na niemalże co drugim budynku i skwerze sztucznie upstrzone jest krzyżami, tablicami i głazami pamiątkowymi upamiętniającymi poległych w walkach przeciw okupantowi, a byle plac nasi nazwę jakiegoś zgrupowania czy tam dywizjonu, sprawa muru wydała się nam wręcz groteskowa. Zwłaszcza, że te tablice i kamyczki są wirtualne... Tych miejsc nie ma, a statystycznie trup leżał na każdym metrze kwadratowym miasta... Tymczasem, kiedy coś zostało i jest w swojej symbolice do bólu wymowne, to może służyć jako ustronne miejsce do szczania...

Czy to dlatego, że Ci w getcie nie byli bohaterami tylko ofiarami? A może już za dużo tych pamiątek? Czy może getto to nie POLACY męczennicy-uśmierceni w bohaterskiej walce i nie ma co się wysilać? Ocalały fragment żydowskiej ul. Próżnej od 5o lat w końcu dorobił się tylko dech i cegieł w oknach i tablic ostrzegających przed zawaleniem....




Wow. Jesteśmy pod wrażeniem... "Kilka tysięcy" studentów z całej Polski dało się namówić na wycieczkę do Paryżewa za 20 zeta sponsorowanej przez organizację irańską o niejasnych powiązaniach i mrocznych celach - donosi Gazeta.

Trudno stwierdzić czy Organizacja Bojowników Ludu to w dzisiejszych czasach fanatyczni islamiści czy może zagorzali marksiści, bo byli już i tymi i tymi... Jedno i drugie jest równie niebezpieczne w skrajnej postaci. Ciekawy jest sam mechanizm: "Jadę, żeby się dobrze bawić w Paryżu. Nie do końca wiem, o co chodzi z tą manifestacją." - mówi dziunia reprezentująca kwiat młodzieży polskiej, młodą tzw. intieligiencję i przyszłość narodu. Nie włączył się jej znak ostrzegawczy "kiedy ktoś chce mi coś dać za friko, chce mnie do czegoś wykorzystać". Zwłaszcza jeśli jasno nie komunikuje celów... A tak w ogóle to wszystko jedno. Osąd moralny nie funkcjonuje.

He, he. A połowa narodu oburza się, że ktoś był agentem... Bycie agentem dawało znacznie więcej wymiernych i niewymiernych korzyści niż weekend w Paryżu... Ludzie są sprzedajni i jeszcze mają czelność twierdzić, że to dziwki godności nie mają...
Zaciekawiła nas w ostatnich dniach chrześcijańska miłość bliźniego. Jakoś ze dwa razy w ciągu ostatnich dni się nam przejawiała. A właściwie jej deficyty. Pierwszy raz przy sprawie minister Kopacz, którą chciano ekskomunikować za wypełnienie obowiązków służbowych. Szczęśliwie, była to inicjatywa plebsu wielbiącego Frondę, której namiestnicy Boga nie podchwycili. Tak to jednak - mamy wrażenie - na co dzień funkcjonuje w wersji katopop. I nie wzbudza zdziwienia ani dezaprobaty.

Zdziwienie i dezaprobata powstają, kiedy ideał ma się rzeczywiście wcielić w życie. [Drugi raz] Dziś, kiedy Kurski z Wyborczej stwierdził, że trzymanie Maleszki było między innymi wyrazem chrześcijańskiej miłości bliźniego. Już sobie pomyśleliśmy, że to zamknie paszczę wszystkim miłującym katolikom z Dziennika i Rzeczpospolitej. Ale guzik. Ludzka percepcja, jest selektywna. Tego aspektu pewnie nikt zaślepiony żądzą krwi i odegrania się na konkurentach nie zauważy, albo wyśmieje za "wypaczenie doktryny". Wiadomo, kochać należy selektywnie. Jak jest dobrze. I karać, kiedy odbiega od ideału.

Nie żebyśmy aspirowali do miana... agentów (nośników) miłości bliźniego w katolickim wydaniu. Osobiście jednak - jako czytelnikom - wcale nam nie przeszkadzało, że Ketman - Maleszka miał jakiś etacik w Gazecie. Niechby sobie siedział i redagował na zasadach telepracy, zwłaszcza, że ponoć był w tym bardzo dobry.... Ci, którzy nie chcieli z nim współpracować nie musieli. Że w niektórych wzbudzał niesmak? No rany, w każdej dużej firmie znajdzie się miejsce dla największej szui i zazwyczaj nie ma nawet możliwości, żeby się nim/ nią nie stykać. Ta sytuacja zdawała się więc była naprawdę komfortową dla współpracowników... Ktoś powie, że to nie my byliśmy jego znajomymi i nie jesteśmy rodziną Pyjasa... Czy coś to zmieni, że Maleszki nie będzie już w GW? To ma być rodzaj kary dla niego czy moment triumfu sprawiedliwości dziejowej? Jeśli jest normalnie odczuwającą jednostką z niezwichrowana psychiką (w co wątpimy), to karę już poniósł - publicznie. Jeśli to po nim spłynęło, to jest jakiś zaburzony i nic się z tym nie zrobi... Trzeba zaakceptować śmieci dawnego systemu. Ludzie go stworzyli i pozwolili mu trwać... Inne represje przypominają raczej żądzę zemsty niż tak propagowaną miłość bliźniego. Lepiej jak pójdzie po pomoc socjalną? Tak w ogóle ilość ludzkich śmieci jest chyba w dziejach stała. Problem w tym, czy jak działa system gospodarowania nimi...


Boski Bonus:

Ciekawe ile majtek udało sie w ten sposób ocalić przed kradzieżą w tym majtkowym sklepie w centrum stolicy? ;-)
O aborcji było tu już nie raz, zarówno w kontekście możliwości samostanowienia o sobie, jak i odczarowywania samego zabiegu z punktu widzenia rozwoju człowieka. No więc z jednej strony z zażenowaniem, a z drugiej z nieskrywaną wściekłością patrzyliśmy na sprawę Agaty z Lublina. Dziś -tfu - "doszło do aborcji" jak informuje KAI. Szło, szło i doszło. Właściwie dojechało. Albo dojechano, bo z Lublina przez Warszawę, aż do Gdańska. O mały włos, a niektórzy osiągnęliby to, co chcieli czyli przeciągnięcie sprawy powyżej 12 tygodnia... Dobrze, że była Alicja Tysiąc, która walczyła o swoje prawo. Tym razem przynajmniej w ostatniej chwili włączyło się ministerstwo, które raczyło wyznaczyć placówkę , gdzie zabieg będzie możliwy.

Któregoś dnia przed wyjściem do pracy pewien znany ze swojej obleśnej powierzchowności i kawalerskiego stanu publicysta grzmiał w radiu na Wyborczą, że rozpoczęła ideologiczna krucjatę posługując sie manipulacją i dzieckiem w sprawie liberalizacji dostępności zabiegów. Zachowanie tzw. obrońców życia i przedstawicieli kościoła było nienaganne. Kwestia skąd wiedzieli i jak się zjawili wcale nie była rozpatrywana... Widać ktoś zrobił dobrą robotę - chciał uratować cud zapłodnienia. Trąbił przy tym również doniosłym głosem, o cudownym wydarzeniu, kiedy kobieta rodzi dziecko. Hmmm.... cudowne to jest może kiedy kotka rodzi kocięta, bo nie zachodzi z przypadku i zawsze dzieci chce. Nie wspominając o tym, że w przeciwieństwie do małych istot ludzkich małe kotki są naprawdę słodkie... W przypadku Agaty żadnego piękna jakoś dopatrzeć się nie możemy...
Postanowiliśmy urządzić od nowa nasze mieszkanie (czas najwyższy był!). Od prawie miesiąca mieszkamy w zastępczym lokum, w którym internet jest z komórki na kilogramy o oszałamiających prędkościach niczym z drugiej połowy lat 90-tych, co nie sprzyja komunikacji. Sprzyja za to zrozumieniu niektórych zjawisk, o czym poniżej ;-)

Mieszkamy w samym centrum urodziwej stolicy w jednym z licznych tutaj wieżowców z okresu głębokiego PRLu. Podobnie, jak sąsiedzi 11 pięter w górę i kilka klatek w bok mamy aż 24 m2 wybudowane według socjalistycznej normy maksymalnie 12 metrów na osobę przy fenomenalnie dysfunkcyjnym rozkładzie. Łazienka w tego typu budownictwie niewiele różni się rozmiarem od lodówki, co nie zachęca do przebywania tam dłużej niż cokolwiek wymagane dla czynności fizjologicznych. Od dawna czuliśmy to na ulicach, teraz wiemy dlaczego. I to jest oświecenie pierwsze.

Drugie oświecenie jest bardziej doniosłe: zrozumieliśmy mechanizm nieokiełznanej żądzy lustracyjnej prawdy. Doznawane krzywdy są tak zaburzające, że człowiek z chęci rozliczenia czyni naczelną zasadę swojego żywota. Tako i my się naszymi krzywdzącymi warunkami zaburzyliśmy, że gdybyśmy mogli, chętnie zaprzęglibyśmy IPNowską Komisję ds. Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu do rozliczenia i ukarania wszystkich architektów i planistów kolaborujących z PRLowskim systemem przy wypracowywaniu takich norm i standardów dla życia obywateli i obywatelek. A potem krąg powiększylibyśmy o inżynierów i majstrów, którzy te badziewia budowali.... Dlaczego nikt na to nie wpadł wcześniej?

Co tam się jeszcze przez ten czas wydarzyło? Była parada, na której byliśmy. Spotkaliśmy Abiekta i bardzo niewielu innych znajomych. Trochę szkoda, bo wciąż - niczym od publicystów Rzeczpospolitej - słyszmy na wymówkę farmazony, że "ich orientacja, to ich prywatna sprawa", o czym było już w zeszłym roku. Dość powiedzieć: Panie i Panowie brednie straszliwe opowiadacie! W rzadkich przypadkach to po prostu obojętność. Znacznie częściej to żadna prywatna sprawa, to po prostu wasze zracjonalizowane lęki. Póki się z nimi nie zmierzycie, nie dojrzejecie. A jakikolwiek satysfakcjonujący związek będzie wam 100 razy ciężej stworzyć (jeśliby w ogóle planujecie).

Prywatnie to się możecie co najwyżej cichaczem na przypadkowy seks umawiać, bo to nie wymaga zaistnienia i funkcjonowania w tej roli na co dzień... Był nawet taki przykład ostatnio. Przerysowany, jak jego stroje (co nie znaczy, że z innej bajki), który powiedział jakoś tak, że nienawidzi pedałów, tylko ich rucha... Można by powiedzieć, że to jakiś pajac. Ale nie, to nie pajac, tylko człowiek, który nienawidzi najbardziej ze wszystkich siebie samego, a reszcie się tylko rykoszetem dostaje. Mało kto ma jednak luksus bycia gwiazdą, która może ogłosić, że jest gejem tylko czasami, gdy mu "się zachce"ku pobłażliwości pozostałych. Inni zazwyczaj uważają, że "od środowiska trzyma sie z daleka" a rodzinie mówią, że "jeszcze nikogo właściwego nie spotkali".

Co jest prywatne, a co publiczne? Jest akurat w kinach taki film. Saturno Contro. Może żadne to arcydzieło kinematografii, ale niesie treści na pewnym poziomie poruszające. Przynajmniej dla nas, bo to też może być nasz problem. Bo to, co prywatne - od pewnego etapu jest do bólu publiczne, dosłownie rzecz ujmując. Akcja w skrócie: mieszka dwóch facetów, są ze sobą. Wszystko mają wspólne. Niby banał. Wspólne jednak tak długo, jak obaj są zdolni tę wspólnotę sobie na co dzień doraźnie budować. Jeden umiera nagle na wylew. I nagle nic nie jest wspólne. Jednego albo drugiego. Obcy sobie ludzie z zewnętrznej perspektywy. Prywatnie czy publicznie trzeba iść odebrać ciało?Prywatnie nie ma takiej szansy - osobom obcym ciała się nie wydaje. Potrzeba być publicznie rozpoznawanym przez prawo, żeby mieć taką możliwość... A taką możliwość trzeba niestety sobie wytupać i wygłosować. Prywatne jest publiczne i polityczne...
Wróciliśmy z naszej krótkiej (jak na rozmiary Indii) podróży. Kraj piękny, chociaż dla nas - Europejczyków - czasem szokujący. Szokujący rozwarstwieniem między biednymi i bogatymi i szokujący rzucającą się w pierwszym rzędzie biedą... To co w Bombaju nazywa się slumsami, jest normalnym miastem w innych częściach kraju... Tam z kolei tuż obok owych slumsów wyrastają drapacze chmur i piękne apartamentowce. Wszystko to z poszanowaniem zasad urbanistyki, przy którym nawet Warszawa jest miastem pięknym i zaplanowanym ;-)


Delhi

Zazwyczaj jako port docelowy, jest pierwszym miejscem styku z indyjską specyfiką. Ale jest dopiero przedsmakiem do całej reszty. Samo miasto jest nudne jak flaki z olejem w kontekście rzeczy wartych zwiedzenia, ale arcyciekawe jako miejsce życia wielkomiejskich tubylców. Odkąd wynaleziono smog, Delijczycy chętnie z niego korzystają, chroniąc się przed słońcem. Dzięki niemu pogoda zdaje się być zawsze mglista, więc słońce nie pali zbyt mocno. Stare Delhi wygląda jak na zdjęciu obok. W centrum widać czasem minioną świetność z czasów Imperium. Za to w nocy można sie poczuć niczym w Las Vegas. Nowe Delhi jest mało interesujące ze swoimi osiedlami i betonowymi klockami.


Kaszmir

Teren sporny z Pakistanem, przez co niebezpieczny. Rzeczywiście co kilka metrów na ulicy stoi uzbrojony wojskowy. Zdarzały się porwania i dzieją się czasem groźne rzeczy (ponoć kiedy tam byliśmy w jednym miast regionu zginęło w obławie 7 osób). Tu jednak zaczynają się Himalaje, a czas spędzony w wiosce (Srinagar) zbudowanej na palach na jeziorze i nocowanie w pływającym hotelu, wizyta o świcie na pływającym targu warzywnym i głos imama przed switem niesiony po wodzie są bezcenne.

Radżastan

Półpustynny stan, którego miasta i miasteczka mają forty, które były siedzibami maharadżów. O ile po zobaczeniu trzeciego fortu, wszystkie zaczynają sie robić identyczne, o tyle wiejska i miejska specyfika nigdy się nam nie nudziła. Nawet mimo że różnokolorowe starówki nie mają kanalizacji, a zapach z rynsztoków w słońcu nie jest pociągający...


Uttar Pradesh

W tym stanie znajduje się jeden z "must-see", czyli Taj Mahal w mieście Agra oraz Varanasi. Varanasi to święte miasto Hindusów. Woda Matka Gangi anuluje grzechy, a rozsypanie w niej prochów po kremacji uwalnia z cyklu reinkarnacji i gwarantuje bezpieczną miejscówkę w raju. Stosy właściwie nieprzerwanie palą się w dwóch miejscach (Manikarnika Ghat i Harish Handra Ghat). Kremacja jest ceremonią dostępną dla wszystkich, można podejść... Nie można robić jedynie zdjęć z bliska. Poza tym miasto znane jest częstych braków prądu i zdążyło nam się, że po zmroku zostaliśmy w labiryncie starówki w zupełnych ciemnościach (oświetlenie ulic to nie jest częsta sprawa...).

Bombaj

Miasto luksusu, czyli miasto taksówek (dwie na trzy popsuły nam się w drodze). Jest najbardziej europejskim miastem w Indiach. Jest tak europejski, że aż szkoda tam jechać, jeśli nie jest portem wylotowym, bo po co? Jest mały wyjątek: nazwijmy go - pralnią miejską, gdzie dziennie prane są usługowo tysiące rzeczy przez najbiedniejszych dla hoteli, restauracji, szpitali...




Na każdym kroku Indie potrafią zafundować dziwującemu się turyście niesamowite widoczki i scenki... I na tym polega ich urok, co tu dużo mówić...


Transport miejski

Tym, którzy się skuszą na wyjazd nie radzimy nawet próbować pożyczać samochodu i nim kierować. Indyjskie zwyczaje drogowe wyglądają na "róbta co chceta". Drogi i ulice wspólnie dzielą: stragany, ogromne ilości rowerów, riksz rowerowych, riksz motorowych, taksówki, krowy i inne zwierzęta, piesi, żebracy i bezdomni. W mieście nie jeździ się nie więcej niż 30 km/h. Nie ma wypadku, przy tej prędkości da się zapobiec każdej kraksie. Klakson jest właściwie w ciągłym użyciu. Wszyscy trąbią na wszystkich. Trąbię więc jestem. Komunikacja miejska jest nie do odszyfrowania dla obcego. Poruszać się po mieście najlepiej się samochodem z wynajętym z kierowcą, taksówka albo rikszą. Nie są to koszty wygórowane.

Transport regionalny

Na drogach i autostradach nie jeździ się szybciej niż 60 km/h. Bo drogą mogą iść krowy, ktoś może jechać pod prąd, prowadzić biznes, albo droga może się nagle zamieniać w polną. Przejechanie między trasy 250 kilometrów zajmuje około połowy dnia. Pociągi nawet jeśli są ekspresami również nie jeżdżą szybciej niż 60 km/h. Ich wygląd przyprawia Europejczyka o mdłości, nawet jeśli na co dzień musi oglądać i wąchać PKP. Na opisanie dworców słów nam brak. Ale 14 godzin podróży nocnym ekspresem na odcinku 600 kilometrów z kawałkiem jest niezapomniane... Naprawdę trzeba spróbować ;-) Przed wyjazdem najlepiej wynająć lokalne biuro, które zapewni samochody z kierowcą w poszczególnych miejscach (podzielimy się wypróbowanymi namiarami, jeśli ktoś kiedyś będzie potrzebował).

Każde średniej wielkości miasteczko w Indiach (od około półtora miliona mieszkańców wzwyż) ma lotnisko. Samoloty przejęły funkcję pociągów. Niektóre loty mają po trzy przystanki na trasie, gdzie pasażerowie wysiadają i wsiadają lub jadą dalej, a mimo to jest to najszybszy środek komunikacji ;-) I stosunkowo niedrogi. Podejrzewamy jednak, że to, co na drogach, ma swój odpowiednik w powietrzu. Samoloty nigdy nie przylatują i nie odlatują o czasie, więc nie należy planować na styk, ani tym bardziej przesiadać się.

Ludzie są generalni przyjaźni. Większość mówi po angielsku w stopniu umożliwiającym przynajmniej proste dogadanie się im z pomocą rąk. Zazwyczaj próbują trochę zarobić, co jest męczące, bo nie są w stanie pojąć, że po prostu nie potrzebujesz kolejnego szalu z paszminy albo 176 słonika do kolekcji i dlatego nie chcesz ich kupić. Im się wydaje, że barierą jest cena, więc gotowi są targować się i prowadzić dialog z twoimi plecami. Europejczyków może zdziwić ogrom kalek i ludzi po różnych nieszczęściach na ulicach. Są wytrenowani, żeby wzbudzać litość i wyciągać pieniądze (mogą nawet klepać piękną angielszczyzną różne formułki). Albo pozować do zdjęć za drobne kwoty...

Bonus homoseksualny, który dedykujemy Joannie Najfeld.

Homoseksualizm jest w Indiach nielegalny, gdyż jest "wbrew naturze". Jest to prawo z czasów panowania Brytyjczyków, jednak chyba jest władzom całkiem na rękę.... Jakoś tak (nie) naturalnie jest w tym kraju zbyt mało dziewczynek [bo jakoś tak dziwnie umierały przy porodzie] i w takim Bombaju na niewiele ponad 700 kobiet przypada 1000 facetów, a kontakty miedzy płciami są dość utrudnione dzięki sile tradycji, więc - na wzór zakładów zamkniętych - faceci by się zajeździli... Niemniej, jednak - niczym w krajach arabskich - kwitnie nieco schizofreniczna przyjaźń męsko - męska, która jest powszechnie akceptowana i nie wzbudza na ulicach niesmaku, a która pewnej granicy przekroczyć pod groźbą kary nie może... Życie prawdziwie gejowskie kwitnie natomiast w krzakach z braku innych możliwości.

Po powrocie fotorelacja. Pozdrawiamy.
Wpadliśmy na pomysł świątecznych kartek okolicznościowych. Tradycyjny motyw zajączka i jajka nieco się mógł znudzić...

Wariant 1.

Wariant 2.


Najlepszym prezentem świątecznym będzie z kolei oryginalna chińska porcelana produkowana specjalnie na zamówienia z Polski.


Deser.

Szukając prezentu dla maluchów, które odwiedzimy w poniedziałek zajrzeliśmy do książeczki edukacyjnej. No i proszę. Dzieci mogą się z niej dowiedzieć, jak nazywać części swojego ciała. Mają więc usta nos, pupę itd. W miejscu siusiaka albo cipki wszystkie dzieci mają natomiast "płeć" (żółta kropka na zdjęciu). I tak dzięki sprytnemu zabiegowi autorów będą nam wyrastać geniusze, bo uda się im przyspieszyć o jakieś 8 lat wykształcenie umiejętności myślenia abstrakcyjnego. Że też nikt na to nie wpadł wcześniej...

"Żądanie ślubów przez gejów i lesbijki jest realne i słyszy takie głosy środowisk homoseksualnych także w Polsce. - Bogu dzięki staram się nie mieć z nimi kontaktów. Ale te środowiska obrażają uczucia religijne katolików na swoich paradach i imprezach" - powiedział Joachim Brudziński.

Dyskusja z głupotą niepotrzebnie ją nobilituje, powiedział ktoś mądry. Dlatego nie będziemy dyskutować, ale obrażać tych wrażliwych katolików. Bo taki buc, jak ten powyższy, jest tego warty...

Tymczasem obrażalskim życzymy prawdziwie pedalskich Świąt.

Dziennik ze szczegółami opisuje imprezę Ministerstwa Pracy na zakończenie Roku Równych Szans, którą uświetniła drag queen Lea Divine.

Impreza była daleka od powagi nabożeństwa, co widac na pierwszy rzut oka:

"Lea, nie mogę się ciebie doczekać! Lea, kocham cię!" - wołał jeden z gości, wywołując wykonawców: Leę Divine i Petera Didencera. W końcu ukazała się Lea - mocno uszminkowany i upudrowany mężczyzna przebrany za barokową markizę. Tańczył(a) i śpiewał(a), od czasu do czasu namiętnie i długo całując swojego partnera w usta."

No co tu dużo mówić Lea Divine prezentuje estetykę na podobnym poziomie, co Doda. Ani wyżej, ani niżej (chociaż może Doda jest bardziej "profesjonalna" z racji budżetów). Nie do końca jesteśmy przekonani, że są to artystki nadające się na imprezę ministerialną z racji swoich niewysokich lotów. Skoro jednak zdecydowano, że są to czym tu się tak obruszać? Faktem, że skaczące w podskokach cycki tego przebrane faceta nie są prawdziwe? No właśnie fakt, że jednak jest to facet niektórych szokuje tak, iż krztuszą się własną śliną. Tylko w takim razie po jakiego kija zaproszono go ze swoim kiczowatym szoł na imprezę ministerstwa? Jak estetyka drag queen razi, to trzeba było zaprosić Eltona Johna... Podejrzewamy jednak, że Elton to za wysokie progi na te nogi...

Jaki to kiepski manager lub niekompetentny urzędnik nie mógł sobie poradzić z wynegocjowaniem prostego kontraktu na obsługę - powiedzmy "artystyczną" - imprezy ministerstwa? Normalnie, kiedy jedzie kapela grać w remizie albo na otwarciu centrum handlowego, to prosi się o przedstawienie odpowiedniego scenariusza i mówi "to wypada, bo jest kiepskie" Klient nasz pan, płaci, artystka się sprzedaje i musi słuchać albo wypad... Jak było tutaj?
I tu zmierzamy do sedna.

"Gdybyśmy zerwali umowę z zespołem, moglibyśmy narazić się na zarzut dyskryminacji ze względu na orientację seksualną jego członków. To kłóciłoby się z zapisami przygotowanego przez nas projektu ustawy o równym traktowaniu" - mówi rzecznik resortu Bożena Diaby."

Ale pierdolenie, myślimy sobie. Homofobia to nie renegocjowanie lub zerwanie kontraktu z powodu jego wątpliwej jakości lub niestosowności. Homofobia to lęki (homo-FOBIA). A lęki były następujące: jak sobie poradzić z tym dziwadłem, żeby nie pokazać, co o nim naprawdę myślimy.... Udajmy, że jest boski (Devine), to nikt się nie domyśli, że czujemy prawdziwą pogardę... Jak poczuje się, że jest święta krową, to ani on, ani nikt się nie domyśli. I tak prawdziwa homofobia pokazała się w całej okazałości.

Jeden z nas ma współpracowniczkę Ewę, która bardzo prosi, żeby nie tytułować jej dziennikarką tylko dziennikarzem. Pewnie chciałaby sobie w ten sposób jaj dodać, których brakuje jej dosłownie i w przenośni, ale i tak to nie wychodzi. Ot, taki puch marny. Przypomniało nam to postać pana Elżbieta Radziszewskiego, który jest pełnomocniKIEM ds. równego statusu kobiet i mężczyzn (Elżbiet to ładne imię, w domu wołają na niego Elżuś, ale tego nie lubi, bo brzmi babsko).

Elżbiet był prezentem Donalda z bagien dla płci pięknej z okazji 8 marca. Miał niezbyt dobry początek, ale się nie przejmuje, bo pewnie będzie lepiej. Dał po tym obszerny wywiad w Dzienniku, który zabrzmiał jeszcze bardziej niepokojąco.

1. Nie poszedł na manifę 8 marca, bo akurat jechał na rekolekcje i nie zamierzał zmieniać planów. A poza tym inaczej niż wszyscy uczestnicy ulicznego wydarzenia, nie był na nią zaproszony. A tak przede wszystkim, to nie czuje się mieszkanką Warszawy, żeby uczestniczyć w tego rodzaju przedsięwzięciach. Widać tym stołecznym babom poprzewracało sie w głowie, en province to się we łbie nie mieści takie cyrki spędzać.

2. Pyta dziennikarz (taki z jajami) czy Elżbiet wybiera się na Paradę Równości. Elżbiet bez żenady strzela, że nie, bo na rzecz równości trzeba działać, a nie paradować. I działa - wcześniej wspomina: "Czasem modlę się także w intencji jakiejś kobiety". No i świat się zmienia od tego działania tak, że się połapać nie idzie. Postmoderne nam wymodliła.

3. Misja programowa Elżbieta jest taka: "Popieram równość kobiet i mężczyzn z uwzględnieniem ich odmienności. Musimy pamiętać, że mamy swoje tradycje, a ja nie chcę na siłę ich zmieniać, bo we wszystkim trzeba zachować zdrowy rozsądek". No też w imię tradycji kobiety do garów, mężczyźni do lasów. Uszanujmy te różnice. Nie będzie też zmieniać modelu kobiety w podręcznikach. Mama Ali co ma Asa, dalej będzie zapierdalała ze ścierą, a tata wracał zmęczony po pracy. No może być też wersja nowoczesna, mama będzie bibliotekarką, a tata inżynierem.

4. Będzie strzegła kompromisu aborcyjnego, ktory jest kompromisem nad kompromisy. Kiedy jawnie prawicowy dziennikarz z niej się śmieje i mówi: "Skończmy z hipokryzją, to żaden kompromis. Po prostu jako większość narzuciliśmy swoją wolę. Tak się zresztą zawsze dzieje przy tworzeniu prawa", ona się zapiera, że to kompromis, bo nie jest po myśli Sobeckiej czy Jurka, ani po myśli Środy czy Szczuki.

5. Gorąco ma w pamięci, że Europa nie chciała urzędnika [Rocco Butiglione], który zamiast sprawować swoją funkcję pieprzył o homoseksualizmie jako grzechu. Dla Elżbieta był to przykład "laickiego zamordyzmu", który napawa ją lękiem, że "jak dalej pójdzie, to za publiczne przyznanie się do wiary i do wartości moralnych my, chrześcijanie, będziemy się czuli prześladowani jak na początku wieków". Nasze niedoczekanie, chciałoby się powiedzieć, chociaż widzimy pewną różnicę między zajmowaniem stanowiska urzędniczego i owym pieprzeniem farmazonów. Różaniec na palcu (cóż za gust!) Elżbiet niech se nosi. Ale kiedy ta bogobojna urzędnicza paszcza beczy, że "stanowisko Kościoła jest pięknie opisane w katechizmie i ja zgadzam się z każdym słowem tam zawartym", to byśmy ją jakąś Biblią w twardej oprawie po prostu zatłukli. Ha, taki niezłapany PowerGay (driven by The Holy Bible).

6. Parytet to rzecz kontrowersyjna. Wielu twierdzi, że jest równość płci i nikogo nie trzeba faworyzować mocą ustawy. A przede wszystkim skąd tyle mądrych bab wziąć? [
wieloletnie zaniedbania należy nadrabiać powoli - rzecze Elżbiet]. No właśnie skąd tyle mądrych bab wziąć, żeby mogły coś robić? I nawet do głowy mu nie przyjdzie, że parytet wymyślono po to, żeby administracyjnie zmusić do kształcenia i rozwijania kobiety. Inaczej przegrają z facetami.

7. Bardzo nas rozbawiło wyznanie Elżbieta, że
"prywatnie rzeczywiście lubię Romana Giertycha. Miałam okazję kilkakrotnie z nim rozmawiać i sprawiał bardzo miłe wrażenie". Podejrzewamy, że pan Elżbiet jest jednak heteroseksualną samicą - Elżbietą, która lubi jak ją się ostro za ryja weźmie i pokaże kto, gdzie rządzi.

Podsumowuje dziennikarz: "
Feminizmem się pani nie zajmowała, pornografią - też nie, była pani przeciw ustawie o równym statusie kobiet i mężczyzn, nie chodziła na Manify… Hm, może powinna pani zostać ministrem zdrowia, a na tym stanowisku znalazła się pani przypadkiem?" A Elżbieta dodaje skromnie: " Nie zajmowałam się też wspieraniem ruchów gejowskich."
Czy ona nie jest fantastyczna? Czekamy na pierwsze działania i ich wyniki.

Trochę się zapuściliśmy... Ostatnio stajemy na głowie i tańczymy na rzęsach, żeby zdążyć z rożnymi sprawami przed urlopem. Dzięki, że pamiętacie jeszcze o nas.

Tymczasem znaleźliśmy piękną historyjkę. Właściwie bajkę. Opowiada ją chłopak, który usłyszał ją od swojego kolegi podczas wizyty w Amsterdamie. Bajka jest nie do pomyślenia, więc postanowiliśmy ją po prostu przytoczyć. W całości jest tu.

(...) najbardziej niewiarygodną bajkę opowiedział mi pewnego wieczoru sam Berndt. Postaram się opowiedzieć ją tak, jak ją usłyszałem od Berndta.

To wszystko zaczęło się kiedy miałem jakieś pięć lat. Pamiętam tamten dzień doskonale. Wczesna jesień. Byłem na spacerze z mamą i tatą. Wtedy jeszcze mojej młodszej siostry nie było na świecie, ja byłem oczkiem w głowie rodziców. Goniłem wronę, gdy nagle moją uwagę przykuł bardzo przystojny i pięknie ubrany mężczyzna nadchodzący z przeciwka. Stanąłem jak wryty i patrzyłem na to zjawisko męskiej urody. Mężczyzna przystanął (dziś bym powiedział, że to był chłopak w naszym wieku, ale takiemu brzdącowi, jakim byłem, wydawał się bardzo dorosły) i przywitał się z drugim facetem, równie pięknym, który do niego podszedł. Widocznie byli tu umówieni. Uścisnęli sobie ręce i pocałowali się w usta. Objęli się na chwilę i, trzymając się za ręce, wolnym krokiem, uśmiechnięci, szczęśliwi, przeszli obok nas. Odprowadzałem ich wzrokiem aż do wylotu uliczki. Z rączki wypadła mi zabawka, którą niosłem. Tata kucnął koło mnie i podniósł pluszowego pieska.

- Co, syneczku? - zapytał.

- Tato, kto to? - odpowiedziałem mu pytaniem, patrząc wciąż za odchodzącymi facetami.

A tata uśmiechnął się i odrzekł takim dziwnym, uroczystym głosem, jakby uchylał przede mną rąbka ważnej i pięknej tajemnicy, jakby mówił o wyższej i lepszej rzeczywistości, niedostępnej dla zwykłych, szarych ludzi i dla takich berbeci jak ja:

- To geje.

Następnego mojego pytania się domyślasz:

- A kto to są geje?

I jak sądzisz, co odpowiedział mi ojciec? Chwilę się zastanawiał, ale ubiegła go mama, która ze śmiechem włączyła się do naszej rozmowy:

- Geje to tacy ładni, dobrze ubrani panowie, którzy dbają o swój wygląd. Nie tak jak twój tatuś, który najchętniej chodziłby cały rok w tych samych brudnych dżinsach.

Ojciec roześmiał się i odpowiedział mamie:

- Ale ja, kochanie, niestety nie jestem gejem. Musisz mi to wybaczyć. Nigdy nie będę taki ładny jak oni.

Pięciolatek myśli jeszcze mało abstrakcyjnie. Na przykład wierzy, że jak ktoś ma na nazwisko Kozioł albo Wrona, to naprawdę ma w sobie coś z wrony lub kozła. Z tego, co powiedzieli rodzice, zrozumiałem, że gej to mężczyzna urodziwy i dobrze ubrany. I wypaliłem:

- Ja też chcę być gejem!

Rodzice roześmieli się znowu, a ja nie wiedziałem dlaczego. Tata mnie przytulił, zrobił żałośliwą minę i westchnął:

- Eh, synku, to nie takie łatwe. Twój tatuś też kiedyś chciał być gejem, ale się nie udało.

- A co trzeba zrobić, żeby być gejem? - nastawałem.

- Trzeba być nie tylko bardzo przystojnym i ładnie ubranym, ale i mądrym. Dobrym dla innych. Trzeba się dobrze uczyć w szkole, żeby potem dobrze pracować i być cenionym przez ludzi - tłumaczył mi tata zupełnie serio. - Twojemu tacie nauka szła średnio, za ładny też nie jest, więc nie mógł zostać gejem. Tak jak wszyscy zwyczajni mężczyźni musiał ożenić się z mamusią i mieć z nią ciebie!

- I przez to mam teraz z wami same kłopoty! - śmiała się mama.

- A geje nie mają dzieci? - drążyłem temat.

- Oni nie zajmują się takimi przyziemnymi sprawami - powiedział tata. - Oni są artystami i najbardziej lubią przebywać w swoim własnym towarzystwie. Kochają się i żyją razem. Tak jak ci dwaj panowie, których widziałeś. Bardzo trudno się dostać między nich.

- To ja chcę być gejem! - powtórzyłem przekonany, że gej to istota piękna, elitarna, beztroska i uprzywilejowana.

- Słyszałeś, co tata powiedział? - mama nalegała, żebyśmy już szli. - Bądź grzeczny i pilnie się ucz, to może ci się uda zostać prawdziwym gejem.

- Może będziesz miał więcej szczęścia niż tata - ze śmiechem westchnął ojciec.

- No, w końcu wszyscy rodzice chcą, żeby ich dzieci miały lepiej niż oni - skwitowała mama.

Dziś wiem, że w ich głosie, śmiechu, minach było trochę ironii, ale tej sympatycznej. Pewnie sądzili, że taka odpowiedź będzie najlepsza dla pięciolatka. A ja w to uwierzyłem! Do tego stopnia, że kiedy w wieku 13 czy 14 lat przyszła prawdziwa świadomość, czym jest gejostwo, oraz świadomość własnego gejostwa, wcale się nie zdziwiłem. Byłem gotów przysiąc, że to dlatego, że byłem grzeczny dla starszych i pilny w nauce. Dobry dla kolegów i koleżanek. Czy byłem ładny? Na to nie miałem większego wpływu, ale najprzystojniejszy chłopak w szkole zaproponował mi przyjaźń, więc chyba byłem na tyle ładny, by wejść do tej rajskiej krainy zamieszkałej przez idealnych mężczyzn zapatrzonych tylko w siebie nawzajem i niezniżających się do pospolitości życia heteryków. W tych gejów-aniołów wierzyłem może nawet trochę dłużej niż przeciętnie dzieci wierzą w świętego Mikołaja.

A rodzice? Gdy przedstawiłem im mojego pierwszego chłopaka, nie byli ani trochę zakłopotani.

- Gratuluję, synu - ojciec klepnął po ramieniu mnie i Jorga. - Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć.

I dodał coś o uczniu, który przerósł mistrza. Ale mama nie byłaby sobą, gdyby nie pomoralizowała:

- Cieszę się, synku. Będziesz miał ciekawe i przyjemne życie, ale to nie znaczy, że łatwe. Nie będziesz się musiał borykać z takimi problemami, jak ludzie mający dzieci, ale za to powinieneś być tym lepszy w swoim zawodzie.

Zapytałem, czy może jednak woleliby, żebym miał dzieci.

- Anna wygląda mi na taką, która będzie ich miała za was oboje - zażartował tata patrząc na moją siostrę.

- My, kobiety, zawsze jesteśmy pokrzywdzone - roześmiała się mama przytulając Annę.

Byłem dumny z rodziców przed Jorgiem. I wdzięczny, że do końca wytrwali w bajce, którą sami mi kiedyś opowiedzieli...

***

Niewiarygodne, prawda? Tymczasem Wiemy, że czasem zapuszczają się tu rodzice gejów i lesbijek szukając informacji, a może pomocy... Najnowsza inicjatywa Lambdy, w której przygotowanie jeden z nas był zaangażowany, będzie dla Was pomocna:

Stowarzyszenie Lambda uruchomiło Otwartą Grupę Wsparcia Dla Rodziców Osób Homoseksualnych. Spotkania Grupy będą odbywać się dwa razy w miesiącu: zawsze w drugi i czwarty czwartek miesiąca od 18:00 do 19:00. Chcemy, aby uczestnicy grupy mogli ze sobą rozmawiać otwarcie i szczerze o swoich problemach i obawach oraz dawać sobie wsparcie. Spotkania poprowadzi pani Elżbieta, mama geja. Współprowadzącą będzie Renata Romanowska, psycholożka i terapeutka. Aktualne informacje zawsze na stronie Lambdy

Tym przewrotnym tytułem zaczynamy top listę pytań i problemów, których rozwiązania szukali w internecie przypadkowi goście naszego bloga ;-)

Niekwestionowanym liderką jest cipka... Bo głównym problemem jest "co (można) włożyć w cipę (cipkę/ pipkę)". Intrygujący był też problem "jak trafić w cipkę" i edukacja "lizanie cipki przez faceta - instrukcja", "sposoby lizania cipki" albo "sztuka lizania cipki". Apelujemy i prosimy: napiszcie słowo, czy stanęliście na wysokości zadania.... Nagrodą jest odpowiedź na pytanie "jak nazywa się seks w cipę" oraz "czym można zastąpić cipkę". Fantazje seksualne zaś koncentrują się na: "badanie ginekologiczne - amator ( filmy/ fotki)", "narzędzia ginekologiczne w cipce". Rośnie też świadomośćzagrożeń: "czy lizanie cipy jest higieniczne" i "czy przez lizanie cipy można zajść w ciążę". Temat można podsumować temat nieco refleksyjnie: "cipki lizać i nie tylko", albo "różnorodność cipek"... Ktoś powinien wreszcie wziąć się i zorganizować "klub onanistów", bo jest całkiem duży popyt... Nie wiemy za to co sądzić o "ruchaniu teściowej", "ruchaniu w szpitalu", ruchaniu czyjejś żony" i byciu z "gołą cipką na imprezie". Niszowcy również mają swoje potrzeby: "sex bliźniaczki syjamskie"; prawdziwy hardcore zaś to "sex mężczyzny z maciorą"...

Kopiowanie wypracowań szkolnych ma się dobrze: "Aspiracje, marzenia i lęki młodego pokolenia" [może że Doda zniknie?]. Swego czasu popularna była "rozprawka (wypracowanie) Katyń", "Katyń dylematy moralne", albo "Katyń aspekt moralny i religijny", ale zdarzają sie też egzystencjalne gnioty pań polonistek typu "czy Antygona ma racje we współczesnych czasach". [obawiamy się, że nie dożyła]. Za to wiemy "czego boi się Dulska" [m.in. nas] i jak uporać się z pracą domową"napisz krotką bajkę dowodów wyższości higieny nad jej brakiem". Ciekawy jest za to temat "Jan Paweł II obrońca godności człowieka - rozprawka" i jakoś ni kija nam jedno do drugiego nie pasuje. Ale widać katechetki też nie są kreatywne: swego czasu popularne było "dzień papieski obrońca godności scenariusze", zaś nieco kontrowersyjne to "pozytywne aspekty krucjat"

Lubią nas też poszukiwacze "życia na gorąco", poszukiwacze "plotek i skandali", którzy chcą poczytać o "rozwodzie Rafała Ziemkiewicza", "Julii Piterze prywatnie", rozwodzie Marty Kaczyńskiej we wszystkich konfiguracjach oraz "Ziobro gejem" albo "co u kaczorów", "Patrycja Kotecka sex" albo "czy Magda x. była molestowana seksualnie?"

Luźne myśli bywają poważne: "film katyń urzekła mnie scena" [napisów końcowych?], "gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?"? albo poważne inaczej: "nie wyglądał na pedała", "mama i tata smerfusia", "smerfy i filozofia", "sprzedajne parówki", "wszystkie duszki poszły spać param pam pam", "cipy z naszej okolicy Grójca", "odór z kurnika", "ryczy albo do stóp się łasi"....

Na niektóre pytanie nie znamy odpowiedzi, bo skąd mamy wiedzieć "gdzie trzeba włożyć penisa, żeby mieć dziecko" albo jak nazywają się "maszyny do ładowania buraków na tiry"[Bolacy?], "zasady skladania na brzuszkowe". Nie posiadamy też "plakatu różaniec to skarb który trzeba odkryć". "Seksuologia gejów" oraz "ciało geja" sprawia wrażenie chęci bliższego poznania w sposób zakamuflowany. Mamy też prośby niespełnione: "szukam dupy do ożenku", "chcę obejrzeć tera straszny film 3"...

Fascynujące są rozmowy z googlem "modne słowa, co teraz jest.... no właśnie.. dżezi ;p?" "podaj składkę", "podaj nazwy środków odwoławczych".
Dziś gazeta.pl uraczyła czytelników niezwykle poważną wiadomością:

Kobieta wypadła z 19 piętra siedziby ONZ

krzyczała pierwsza strona portalu.
Ale to i tak nic. Po kliknięciu linka otwierał się całkiem pokaźny artykuł, który z powagą informował, iż "45-letnia kobieta pojawiła się w biurze wcześnie rano". Intuicyjnie wiemy, że ta informacja może być znacząca i nadawać się na scenariusz thrillera.... Chciała lecieć o wschodzie słońca? Nie mogła spać tej nocy? Miała dużo pracy i musiała przyjść wcześniej? Te pytania już na zawsze pozostaną bez odpowiedzi... Dlaczego kobieta zmarła? "Przyczynę śmierci ustali sekcja zwłok" - chociaż to będzie pewne! Co ciekawe, "kobieta zginęła na miejscu", a przecież powinna przez te dziewiętnaście pięter zdążyć sie obrócić, żeby spaść na 4 łapy.

Aż dziwne, że nie pokazano flaków z roztrzaskanego ciała, można by się zastanawiać z czym kojarzy się czytelnikom powstała z nich plama. A nóż, zauważą w niej Matkę Boską lub Ojca Świętego. I tak oto jakieś świry w redakcji swoją bezmyślną twórczością trywializują śmierć, a potem się dziwują, nad kondycją ludu.

Chwilę potem na pierwszą stronę wszedł kolejny njuz:
Dziewczynka z czterema nerkami odda dwie potrzebującym. To naprawdę chwalebne. Będziemy wysyłać jej kartki na święta.
Przeczytaliśmy właśnie w "Stołku" tekst o kolejnej obrazie uczuć... A właściwie o trosce i profilaktyce anty-obrażeniowej. Chodzi o to, że Miejskie Zakłady Komunikacji Autobusowej odmówiły wywieszenia w swoich - jakże komfortowych i punktualnych - pojazdach takiego plakatu reklamującego spektakl w Teatrze na Woli:

Jaki podały powód?

„Pomimo że rozumiem ideę propagowania sztuki, nie mogę wyrazić zgody na ekspozycję tej treści reklamy w komunikacji miejskiej m. st. Warszawy. Wyjaśniam, iż tytuł reklamy może być odczytany wyłącznie jako hasło i wzbudzić kontrowersje oraz wywołać negatywne emocje wśród odbiorców. Ponadto »sprayowanie « gwiazdy Dawida przez osobę umieszczoną na plakacie może być odebrane jako akt wandalizmu, z którym Zarząd Transportu Miejskiego podejmuje nieustanną walkę” - napisał Leszek Ruta, p.o. dyrektora Zarządu Transportu Miejskiego.

Jakkolwiek, ponieważ, gdyż wynika to faktu, iż jednakże chociażby chętnie, to jednak raczej nie. [streszczając najprościej, jak można te wynurzenia autobusowego szefa].

Tylko co on chciał powiedzieć? Że temat jest (rzekomo) zbyt kontrowersyjny? Że obawia się aktów wandalizmu wobec "nośników" czyli autobusów? Że plakat rzekomo promuje mazanie na murach? Prościej byłoby napisać to w właśnie takich dwóch - trzech zdaniach. Podejrzewamy jednak, że to nie były te problemy... Naszym skromnym zdaniem takie bredzenie trzeba interpretować psychoanalitycznie, czyli że autor projektuje na ludzi swoje własne postawy (tu akurat antysemickie). A, że sprawa jest nieco wstydliwa, więc robi to pokrętnie, że to niby dla dobra samopoczucia pasażerów i stanu autobusów.....

Co ciekawe i znaczące, w nieoficjalnych wypowiedziach przy tego typu problemach, często używa się sformułowania, że treści mogą "urazić uczucia pasażerów". Na piśmie wynajduje się inne, ale ustnie odruchowo podaje właśnie takie. Tak było w przypadku tego spektaklu. Tak też było na przykład w Bydgoszczy podczas akcji KPH "Nie jesteś sam, nie jesteś sama." Tam jakiś Piotr Florek, właściciel agencji ReMedia, która odmówiła wywieszenia plakatów wydalił z siebie, co następuje: "Miasto wymaga od nas, żeby treść reklamy nie uderzała w niczyje uczucia religijne i dobre imię.". A oto sprawca tej religijnej sraczki i dobrego imienia zniewagi:

I tak sobie myślimy, że trzeba mieć bardzo niedojrzałą osobowość, żeby być urażonym i obrażonym przez taki czy inny plakat. Trzeba podkreślić też, że tego typu wypowiedzi niewiele mówią o jakichś ludziach, którym się przypisuje takie postawy. Mówią za to dużo o wypowiadającym (wspomniana projekcja). Za to my chętnie pokazalibyśmy, co to jest treść obraźliwa i ją wyeksponowali/wysłali tu i ówdzie: Pier...ny ch...u, kij ci w oko za twą fobię. Pies cię je...ł"

Na deser mamy inny obraźliwy plakat. Kosmetyki JEZUS (Bądź piękna dla niego!)

Czekamy na wersję gejowską ;-)

Czy jest jeszcze ktoś, kto nie znał Jożina z bażin czy w ten weekend byliśmy ostatni w kraju, którzy ich zobaczyli? ;-)



Język czeski musi jakoś w sposób specyficzny pozytywnie drażnić jakieś nasze ośrodki mózgowe. Ilekroć się pojawia w eterze, tylekroć robi się wesolo. Taka reakcja niekontrolowana - bo jak tu nie parsknąć, kiedy radi tam to strasidlo, vystupuje z bazin i zere hlavne Prazaky. Jakiś Elektronicky mordulec w wersji demoludowej.

Ale jeszcze lepsza jest przeróbka Donald marzi...

Mamy dziś w Rzepie "arcyciekawy" wywiad z panem Wojciechem Pytlem, prezesem Fundacji Rodzin Adopcyjnych. Podkreślamy, że wywiad jest w Rzeczypospolitej, a ta sięgnęła rynsztoku już dawno. Zaś w kwestiach światopoglądowych nigdy chyba nie miała ambicji wyjść poza giertychowsko-wierzejską rypankę.

I tak żurnalistka - Kamila Baranowska - zapytuje:

"Skąd wiemy, że osoby homoseksualne nie będą potrafiły zapewnić dziecku bezpieczeństwa i miłości?"

Czy to pytanie było z tezą, czy nam się zdaje? Ujawnia tym samym klimat całej tej pogawędki między posiadaczami umysłów o skomplikowaniu cepa. I dopytuje sobie tak dalej niby ze swojej ciekawości.... Ażeby na koniec zabłysnąć:

"Jakie są obawy związane z oddaniem dziecka na wychowanie parze homoseksualnej?".

Żeby była jasność: uważamy, że można żywić obawy związane z adopcją dzieci przez pary homoseksualne na czele w ostracyzmem społecznym wobec takich dzieci przez licznych odpowiedników bohaterów tego posta.

Ale co produkuje z siebie szef towarzystwa?

"Przede wszystkim mniejsza szansa na to, że dziecko wzrastające wśród osób homoseksualnych będzie w stanie założyć później normalną rodzinę. W procesie wychowania dziecka istotne są przekazywane mu wzorce: kobiety, mężczyzny, matki, ojca itd. A w przypadku par homoseksualnych szansa na przekazanie prawidłowych wzorców jest mniejsza. Istotnym argumentem jest również to, że związki homoseksualne często są mało stabilne. W przeciwieństwie do tradycyjnych małżeństw, rzadko spotykamy pary homoseksualne z 20- czy 30-letnim stażem. Nie możemy ryzykować. Ośrodek adopcyjny, oddając komuś dziecko, musi mieć pewność, że wszystko zadziała jak należy".


I tak się zastanawiamy co prezio miał na myśli. Bo jeśli wziąć do dosłownie, to trochę mu się ulało. Po pierwsze, umiejętność bycia blisko, czyli między innymi zdolność do założenia rodziny nie bierze się z umiejętności odgrywania ról, tylko z harmonijnie rozwiniętej osobowości, pozbawionej wewnętrznych lęków i konfliktów. Jakie wzorce powinno się przekazywać dzieciom? Czy do bycia ojcem potrzebna jest jakaś specjalna instrukcja? Czy może rozwinięta empatia, umiejętność dzielenia się uczuciami, odpowiedzialność i dojrzałość, czyli to co w polskich rodzinach bywa deficytowe (czyli ciemiężona matka polka i powrót taty). Jeśli w rodzinie pana prezesa synowie są uczeni co ma robić prawdziwy mężczyzna i jaka ma być prawdziwa kobieta, to bardzo współczujemy im i w przyszłości ich dzieciom. A może prezes się boi, że np. chłopcy zaczną nosić sukienki? Zostawiamy go z tymi jego fantazjami....

I jeszcze statystyki. Statystycznie rzecz ujmując średnie IQ wynosi 100, ale czasem myślimy, że to zawyżone. Statystycznie Polak nie zdałby też egzaminu z logiki, bo mu nie idzie myślenie przyczynowo skutkowe i analiza faktów. I tu się zgodzimy. Pan prezes zauważa, że statystycznie rzecz ujmując, geje są ze sobą krótko. Nie zauważa jednak, że jeśli teza jest prawdziwa, to trzeba zerknąć na przyczyny tego stanu, czyli możliwość swobodnej samorealizacji czy faktowi, że w pewnym momencie każdy związek homo czy hetero przechodzi kryzysy, a namiętność między partnerami gna ku poziomowi zero. Jeśli nie pojawiają się w nim dzieci, wspólnota majątkowa i wspólne cele, to może (ale nie musi) stać po prostu jałowy i bezproduktywny, z małą obustronną motywacją do kontynuacji oraz niskimi kosztami wyjścia. Ile małżeństw jest ze sobą tylko dla tzw. dobra dzieci (nie wspominając już o wspólnym majątku - dorobku życia)? Nie czujemy, żeby wychodziło im (dzieciom) to na zdrowie, ale statystyka wygląda ładniej w oczach pana prezia. Może nie o to chodzi?
No dobra, przyznajemy się, czasem oddajemy się przebrzydłym perwersjom i czytujemy wytwory prawicowych publicystów... I tak padło na Tomasza Terlikowskiego, który - za pewnym poetą i myślicielem - jest święcie przekonany, że "ci, którzy nie wierzą w Boga są w stanie uwierzyć w każdą bzdurę". I tak nam się żal zrobiło, że nie możemy go zadowolić, bo jest mnóstwo bzdur, w które nie wierzymy. Na przykład przemienienie krwi w wino. On jednak swoje przemyślenia wyprowadził z obserwacji, iż niewierzący ("racjonaliści", "scjentyści") komentatorzy blogów, są jeszcze większymi zakładnikami wiary niż osoby religijne. "Tyle, że ich wiara pozostaje bardziej ślepa i nie może im dać nic - poza nieco lepszym samopoczuciem". Cokolwiek miał na myśli...

Analizując naszą ślepą wiarę, niezbyt głęboko, stwierdzam, że jest to wiara innego rodzaju niż wiara T.T. O ile jego wiara opiera się na dogmatach, cudach i objawieniach, o tyle nasza opiera się na ludzkich możliwościach intelektualnych i ich wytworach. Gotowa jest przyjąć to, co zostanie zbadane i radzić sobie z niepewnością i kruchością hipotez odnośnie tego, co zostało jeszcze niezbadane (np. pochodzenie wszechświata). A przede wszystkim zmieniać swoje poglądy (być może czasem łatwiej, czasem trudniej, z żalem lub bez) wraz ze zmieniającymi się danymi (np. atom nie jest najmniejszą cząsteczką, a rodzina nie musi się składać z kobiety i mężczyzny). Ubolewa też T.T, że nie dostrzegamy uwikłania ideologicznego części badań (zwłaszcza właśnie nad kształtem rodziny). Trochę więc się litujemy, że sierota nie widzi fundamentalizmu, ortodoksji i ideologicznego zaangażowania swojej wiary i organizacji zrzeszającej.

Naśmiewa się trochę z kultu uczonych, którzy mają teoretycznie być rzetelni a w praktyce z tym rożnie bywa i zdarzają się manipulacje. Cóż zazwyczaj dość sprawnie są oni rozliczani ze swoich machlojek, kiedy wyjdą one na jaw. Chyba zostawimy ten przytyk bez głębszego komentarza, bo sie wstydzimy wyciągać brudy Watykanu i grzechy niejednego księdza, o których pisze raz i drugi prasa.

Najciekawsza jest jednak końcówka, którą warto zacytować:
"(...) Trudno jednak nie dostrzec, że jeśli Boga nie ma - to wszyscy przegramy. Życie jest zbyt krótkie, niesprawiedliwe i nasycone cierpieniem, by mogło się ono podobać (przynajmniej w swojej całości, bo każdy ma momenty zachwytu i ekstazy). Jeśli Boga nie ma - to nasze (moje) winy na zawsze pozostaną nieodpuszczone, a odpowiedzialność za innych nie będzie się miała o co oprzeć. Pozostanie pustka, smutek i samotność. Maskowane wierzeniem w rzeczy, w które wierzyć się zwyczajnie nie da."

I tak o to T.T zamienił się w naszych oczach z bezczelnego chama w małą płaczliwą istotkę targaną bólem i niepewnością egzystencji. Jeśli nie ma Boga, to przyznaje, że przegra swoje życie (my nie, więc niech się odpieprzy, a nie twierdzi , że my też). Życie jest dlań okrutne i niesprawiedliwe (no może trochę, bo są takie istoty, jak on, które trują miłością bliźniego i dobrocią Boga). I na koniec najlepsze: boi się, że mu winy nie zostaną odpuszczone.... Lęki i poczucie winy proponujemy po prostu mu poddać terapii, a nie opiece Boga, wtedy będzie raźniej i bardziej komfortowo w życiu.....
Fascynującą rzecz wyczytaliśmy w Polityce:

"Okazuje się, że łapówką jest dla Polaków gratyfikacja wręczona przed załatwieniem sprawy. Tak uważa aż 97% Polaków. (...) Ta sama gratyfikacja, również pieniężna, nie jest już tak powszechnie traktowana jako objaw przekupstwa, jeśli zostanie wręczona po pomyślnym załatwieniu sprawy. Łapówką nazywa ją wtedy 46% badanych. Jeszcze inaczej widzimy sytuacje, gdy zamiast koperty z pieniędzmi wręczamy cenny prezent. Przed - dla 83% badanych to jednak łapówka, ale juz po tylko dla 29%."

Niesamowite, jak łatwo przestaje być łapówką ta sama kwota za załatwienie czegoś przed i po. Co Tu dużo pisać: dla połowy Bolaków nagle przestaje nią być! Nie zapłacę za załatwienie lewego pozwolenia na budowę, ale sowicie się odwdzięczę, jak je już na lewo dostanę.... Jakiś bezczelny aparatczyk nazwał to kiedyś "prowizją od sukcesu". Przynajmniej zarządzanie ryzykiem opanowano do perfekcji.

No i te prezenciki.... Dla zadziwiająco dla nas (o my dziwni) dużego odsetka, prezencik nie jest łapówą - prowizją od sukcesu, tylko zapewne dowodem wdzięczności. Zapewne chodzi tu przecież służbę zdrowia. Bo nikt pozwoleń na budowę nie załatwi za koniaczek. Cóż... Mamy nadzieję, że lekarzom szybko wzrosną pensje.... Zapewne nie zagrozi to tej kuriozalnej tradycji, a nikt już się nie ośmieli kupić gównianego koniaczku za 90 zeta, tylko trzeba będzie kupować co najmniej Henessy za minimum 1500. Dobrze wam tak, może wtedy zbrzydnie ;-)
Temat nieco zaczepny, bo chodzi o aborcję, która jak wiadomo jest w Polsce postrzegana jako zło nad złami. Wszyscy zainteresowani jednak wiedzą do jakiego rozwoju podziemia aborcyjnego i patologii doprowadził tzw. kompromis społeczny w tej sprawie, czyli próba usunięcia tego zła...

Ale co się okazało?

Już nie trzeba kupować u studentów SGGW medykamentów weterynaryjnych, które wywołują poronienie. Nie trzeba już też łykać mega dawek leków bodajże na reumatyzm w tym samym celu. Nie trzeba też narażać się na karę więzienia za nielegalny zabieg w prywatnym gabinecie. Co więcej, nie trzeba już nie wiadomo skąd brać pieniędzy dla lekarzy, którym sumienie nie pozwoliłoby na podobny zabieg w szpitalu. A przede wszystkim nie trzeba na siłę zostawać mama i tatą. Niektórzy powiedzieliby, że trzeba być odpowiedzialnym za swoje czyny, ale trudno być odpowiedzialnym za miliony rozbrykanych plemników i jakieś niewidoczne jajeczko, no nie da się.

Co trzeba zrobić?

Pojechać na zabieg do Wielkiej Brytanii:
"Aż 31 tys. Polek dokonało w ub.r. aborcji w Anglii. To blisko 30 procent więcej niż rok wcześniej. (...) Dlaczego? Bo do 24. tygodnia ciąży zabieg można tam wykonać bezpłatnie. Zasady są proste: kobieta może pozbyć się dziecka, jeśli ciąża zagraża jej życiu i zdrowiu, może też to zrobić ze względów społecznych, np. kiedy się uczy lub jest w złej sytuacji materialnej" - donosi Polska.

Małym utrudnieniem jest to, że trzeba dostać ich numer ubezpieczeniowy czyli wyjechać na kilka dni i dostać pracę byle barze. Dla niektórych studentek to pewnie jednak łatwiejsze niż zapłacenie za legalny zabieg w Czechach...

I tak to po raz kolejny w historii zachodnie mocarstwa spiskują o wyeliminowaniu narodu polskiego i nie szanują świętości katolickich. A było tak pięknie, rocznie mieliśmy tylko kilka usuniętych ciąż w oficjalnych statystykach....


Matka Boska z cyckiem obraża...

A co z tym?

Dostaliśmy pilną przesyłkę ze Skarbnicy Narodowej. Nadawca mienił się intrygująco i już pomyśleliśmy, że zmieniła się linia programowa rządu i desygnowano nas na stanowiska Queens of the People Republic Of Boland, ale nie...

S.N. okazała się zamaskowaną spółką z o.o. (jakże urocza nazwę sobie przybrali) i zajmuje się sprzedażą dóbr narodowych (wyprzedażą?) . Zaproponowała nam kupno dobra bezcennego po okazyjnej cenie. Załączamy fragment ulotki. Niestety, załamanie na giełdzie znacząco nas uszczupliło, więc musimy przełożyć kupno.... Może jednak wy....


Gdybyście również w tej chwili byli niezdecydowani, polecamy na otarcie łez chwile kontemplacji na nowej megapopularnej stronie (rywalka naszej klasy.pl). Zwłaszcza krzepiąca jest modlitwa Ludu Polskiego by Zbigniew.


Pozdrawiamy,
My, Lud Polski

Disclaimer|Rss Directory|Try a Feed|Suggest a Feed|F-A-Q|Partners
Links: Référencement internet | Annuaire Webmaster  | ubuntu/debian tips
Comparateur de Prix | Logos, Sonneries, Jeux Java | Sonneries pour portables | Ringtones and logos for mobile phone | Accéssoires pour téléphone portable | Sonneries Et Logos
© copyright feeds2read.net 2005-2008